CZYTANIA

lut 02, 2011

Świadectwa ludzi przemienionych przez Ducha Świętego

W ruchu Odnowy w Duchu Świętym ważną rolą wiary dojrzałej są chrystocentryczne świadectwa ludzi, którzy w sposób cudowny lub prosty przeżyli doświadczenie zbliżenia się do Boga. Oto niektóre z nich.

Michał lat 23 „Jezus zmienił moje życie

Mam na imię Michał, mam 23 lata i jestem ze wspólnoty „Genezaret”. Pochodzę z katolickiej rodziny, chociaż wiara w moim domu nigdy nie była najważniejsza. W wieku kilkunastu lat zbuntowałem się i oznajmiłem rodzicom, że nie będę chodził do kościoła.

Moje poważne problemy zaczęły się w liceum, dla zabawy paliłem trawę i inne rzeczy. Kiedy zdałem maturę, poszedłem na studia historii do Zielonej Góry. Wtedy zacząłem brać wszelkie dostępne mi narkotyki, głównie amfetaminę. Zacząłem się coraz bardziej staczać na dno, kradłem i wynosiłem różne rzeczy z domu, żeby zapłacić za narkotyki, i żeby spłacić długi. Po to by ukryć moje problemy nieustannie oszukiwałem moich najbliższych mi ludzi. Doszło do tego, że nie miałem nikogo, kto by mógł mi w czymkolwiek zaufać.

Kompletnie zatraciłem relacje z moją siostrą i rodzicami. Właściwie przez 5 lat w ogóle z nimi nie rozmawiałem. Sam skazałem się na samotność w moich problemach, żyłem w nieustannym stresie, zawsze myśląc czy coś złego, co zrobiłem, zaraz się nie wyda. Później zostałem skreślony z listy studentów i moja beznadzieja powiększyła się jeszcze bardziej. Krytyczny moment mojego życia nastąpił podczas podróży do Zielonej Góry. Wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że naprawdę jestem uzależniony. Tyle razy próbowałem to wszystko rzucić i nigdy się nie udawało.

Miałem już wszystkiego dość, zobaczyłem, że jestem sam, że moje życie jest beznadziejne, bez żadnych perspektyw na przyszłość. W moim sercu czułem piekielną pustkę. I nagle w przypływie rozpaczy, przez łzy, powiedziałem: Boże, jeżeli ty w ogóle istniejesz, to pomóż mi. Bóg rzeczywiście zaczął działać w moim życiu. Dowiedziałem się, że w mojej parafii wspólnota „Genezaret” organizuje kurs ewangelizacyjny „Filip”. Wiedziałem, że to jest odpowiedź Boga.

Na kursie doświadczyłem prawie namacalnie, że Jezus żyje. On przyszedł napełnić mnie nieznaną mi wcześniej radością i pokojem. Później przez brak wspólnoty znowu oddaliłem się od Niego i moje nałogi wróciły. Któregoś dnia całkiem poważnie oddałem Jezusowi swój grzech i całe swoje życie. To był dzień, w którym stał się cud. Po 5 latach walki z nałogiem On tak po prostu zabrał mi go. Czułem się wolny, czułem się tak, jakbym nigdy w życiu nie sięgał po narkotyki. Od tamtego czasu jestem szczęśliwym człowiekiem, Bóg mnie kocha i każdego dnia daje mi tego dowody. Nigdy nie przypuszczałbym, że życie może być takie niesamowite. Jezus jest wielki i nie wyobrażam sobie życia bez Niego. Chwała Panu![1]

Agnieszka „Tym razem płakałam ze szczęścia”

Posłużę się biblią: „spodobało się  Panu Bogu” mnie uzdrowić. Byłam „jakoby umarła”, a powróciłam do świata żywych. I nie ma w tym cienia przesady. Trzy lata temu diagnoza, którą postawił mi najpierw lekarz pierwszego kontaktu, a zaraz potem potwierdził specjalista, spowodowała, że moje życie, które przypominało dotąd rozpędzony do bardzo dużej prędkości pociąg, musiało nagle wyhamować.

Usłyszałam, że mam RZS – reumatoidalne zapalenie stawów, chorobę, która  jest nieuleczalna, prowadzi do zniekształceń kości, a po czasie do zupełnego unieruchomienia stawów i w konsekwencji do nieuchronnego kalectwa. Dowiedziałam się też, że medycyna  nie zna ani przyczyny schorzenia, ani lekarstwa umożliwiającego wyleczenie, ale wiadomo, że istotną rolę w zaistnieniu RZS- u  odgrywa długotrwałe przemęczenie i przedłużający się stres, jak też istniejące wewnątrz organizmu stany zapalne. Tych ostatnich jednak u mnie nie było.

Wszystko jednak by się zgadzało: pracowałam wtedy bardzo intensywnie i na pewno dużo za dużo – zarywałam noce, nie miałam wolnych weekendów, praktycznie nie istniałam dla rodziny. Zupełnie nie liczyłam się z własnymi siłami. W tamtym czasie widziałam jedynie stojące przede mną  bardzo odpowiedzialne zadania, które były do wykonania  i jakieś odległe, dalekosiężne cele. Poza tym wydawało mi się (i mówiono mi  o tym), że są  to konieczne koszty, jakie musi ponieść każdy nowy, młody pracownik wyrabiający sobie opinię i dobrą renomę. W tym czasie chodziłam tak przemęczona, że zdarzało mi się zasypiać na siedząco, a trwało to ponad rok. Mój mąż namawiał mnie do rezygnacji z pracy, lecz nie tak łatwo jest zatrzymać rozpędzony pociąg!

Jego słowa traktowałam niemal jak bluźnierstwo – tak jednym ruchem miałabym sprawić, że moje dotychczasowe wyrzeczenia i cały mój wysiłek zostałby przekreślony i stał się jednocześnie  daremny?  Nade wszystko jednak  takie rozwiązanie wydawało mi się wówczas bardzo  niehonorowe i było równoznaczne z poddaniem się.

Dlatego, gdy już brakowało sił, powtarzałam sobie, że muszę, po prostu: MUSZĘ podołać moim zawodowym obowiązkom gdyż jeszcze trochę trzeba się przemęczyć, a za  rok, dwa, gdy wypracuję sobie swój warsztat pracy, na pewno będzie łatwiej, a moi zwierzchnicy  z pewnością docenią  moją  pracowitość… No i docenili – tylko, co z tego?

Rozpoczął się mój osobisty dramat. Gdy zachorowałam, otrzymałam drakońskie dawki bardzo silnych leków przeciwzapalnych i przeciwbólowych, w tym również zastrzyki z najsilniejszych sterydów (wystarczy choćby wymienić iniekcje z Diprophosu). Od tej chwili nie było ani jednego dnia bez leków – zmieniały się tylko ich dawki i nazwy, a comiesięczna  wizyta  u reumatologa wpisała się już na stałe w mój harmonogram. Teraz to mój organizm zaczął dyktować mi warunki i stawiać naturalne ograniczenia, których nawet niezłomnością ducha nie mogłam pokonać.

Jak wyglądało moje życie? Dla mnie wtedy jak koniec życia. Moje stawy były napuchnięte, zaczerwienione, gorące. Ból towarzyszył najmniejszemu nawet ruchowi, często po prostu  wyrywał mnie nocą ze snu. Nie mogłam wziąć na ręce mojej dwuletniej wówczas córeczki, a już kilkunastominutowe  siedzenie  czy pisanie wiązało się z bólem tak silnym, że wyciskał łzy. Nawet leki, które wówczas przyjmowałam  jedynie uśmierzały te dolegliwości, a nie były  w stanie ich zlikwidować.

W tym  też czasie mój  mąż musiał zapinać mi guziki i zakładać buty, gdyż moje ręce zachowywały się jak nie moje, jak jakaś obca drewniana atrapa: były niezdarne, szybko mdlały, miały osłabione czucie. Nie mogłam m. in.: uczesać córek, nawlec nitki, umalować się, a więc prawie zupełnie nie radziłam sobie z ruchami precyzyjnymi. Nie mogłam też tak po prostu wyjść na spacer, stać w autobusie, wysiedzieć w jednej pozycji. Ten ból (który jest porównywalny chyba tylko z bólami grypowymi) był  moim pierwszym doświadczeniem, gdy rano otwierałam oczy i nie opuszczał mnie przez cały dzień.  Powodował, że już o świcie zachodziło mi słońce. Nie pozwalał mi też ani na chwilę zapomnieć, że w całym ciele mam dużo, bardzo dużo stawów, o czym  przecież zdrowy człowiek nawet nie myśli, bo jego ruchy są po prostu: bezbolesne, sprężyste i płynne.

Równolegle z moim ciałem, i chyba tak samo poważnie, chorowała moja dusza. Czułam się, jak osoba, której zabrano przyszłość i prawo do planowania własnego życia, prawo do jakichkolwiek  marzeń i  -  jak  wtedy  to odbierałam – do (…) ,,godnej” egzystencji. Zabrano mi  więc prawie wszystko, a  dano ,,obietnicę” jeszcze większych trudów, no i  dozgonnego cierpienia. Żyłam jak człowiek  z wyrokiem w zawieszeniu.

Wszystko odtąd musiało być podporządkowane mojemu gośćcowi. Nie mogłam sobie zaplanować niczego w obrębie dwóch, trzech tygodni, bo nigdy  nie wiedziałam, w jakim będę stanie. Traciłam poczucie własnej wartości, czułam się gorsza od ludzi zdrowych, bardzo ,,wybrakowana”, napiętnowana chorobą. Trzeba było niemal w jednej chwili zmienić  dokładnie wszystko we własnym życiu – w tym również i pracę.

Nagle, „wypadłam z obiegu”, bo nie mogłam tak jak dotąd (i jak wszyscy inni wokół) wieść „pełnowartościowego”, aktywnego życia. W jednym momencie pociąg mojego życia utknął gdzieś na bocznicy  kolejowej…

Dodatkowo RZS toczył jak rak moją rodzinę. Choroba po jakimś czasie zaczęła  kłaść się   cieniem na moje relacje małżeńskie, a nasze dzieci chodziły bardzo smutne i przerażone, bo zbyt często widziały swoją mamę pogrążoną w niemocy, kiedy to leżała i płakała – bądź to z bólu, bądź z bezsilności. Były inne, niż ich rówieśnicy – trochę za dużo wydarzyło się w ich młodym życiu.

Chorowałam przez dwa i pół roku. Takie zapalenia, które ścinały mnie z nóg, przychodziły przynajmniej raz w miesiącu, trwały ok. dwóch, trzech tygodni, przybierając w tym czasie różne nasilenie. Prócz mojego snu i rodzinnego spokoju pochłaniały też spore zasoby finansowe….

Należałam do posłusznych pacjentek, które nieprzerwanie przyjmują leki, systematycznie odwiedzają specjalistę. Jednak moja nadzieja, co do tego, że wraz ze zmianą reumatologa, ulegnie tez  zmianie postawiona mi w moim dawnym miejscu zamieszkania  diagnoza, okazała się złudna. Po półtorarocznej  terapii i obserwacji także i ten lekarz potwierdził rozpoznanie, ponieważ choroba  dawała typowe objawy i postępowała. Diagnoza była bezlitosna i nie pozostawiała złudzeń: R Z S. Miałam już tylko kilka niezaatakowanych  stanem zapalnym stawów, które nie stanowiły dla mnie źródła bólu i co raz mniej nadziei.

Jakby logiczną konsekwencją tego wszystkiego było zamykanie się na ludzi (czasem i tych najbliższych, chociaż często współcierpieli oni ze mną), izolowanie się od  całego świata, a zwłaszcza ludzi beztroskich i niedoświadczanych. Któż, bowiem może zrozumieć chorego na R Z S jeśli nie drugi człowiek zmagający się z tą chorobą?

Gdy przychodził moment największego cierpienia, zamykałam się w domu, odłączałam telefon i zawieszałam wszelkie kontakty z ludźmi. Wtedy przychodziły  mi do głowy najczarniejsze scenariusze o tym, by rozwiązać mój problem  definitywnie i „dać innym żyć” – miałam tu na myśli zmartwionego męża i dzieci, których dzieciństwo tak fatalnie się ułożyło.

Ponieważ  sądziłam, że żaden śmiertelnik nie jest w stanie mi ulżyć, starałam się nie zadręczać innych moim strachem  i obciążać  chorobą, dlatego izolowałam się tak skutecznie, że do dziś wiele osób z mojego dalszego otoczenia nie ma pojęcia O  S K A L I  mego fizycznego i psychicznego cierpienia. Ich wiedza ograniczała się tylko do tego, że mam problemy ze stawami, i  że grozi mi kalectwo. Niektórzy wiedzieć więcej nawet nie chcieli.

O tym, że jestem w opłakanej kondycji, i że w zasadzie to  umarłam już za życia, wie- dział natomiast Pan Bóg. Z ludzkiego punktu widzenia wydawało się, że nie ma  już żadnej nadziei. Nic tylko czekać na najgorsze.

Spodobało się jednak Panu Bogu mnie uzdrowić. Najpierw postawił na mojej drodze pewnych ludzi, w tym osoby z tej wspólnoty (Odnowa w Duchu  Świętym: ,,GENEZARET” przy  parafii  NMP Królowej  Polski w Głogowie). Dzięki temu spotkałam bardzo wierzące osoby, które mocno dotknął Pan.

Jesienią przyjechałam tu  z mężem na modlitwę wstawienniczą. Wówczas jednak temat choroby poruszyłam marginalnie, jako coś, co  bardzo komplikuje nam ważne decyzje rodzinne. Nie rozwijałam tego wątku, bo był to dla mnie temat nader traumatyczny.

Pan Bóg postanowił jednak zadziałać radykalnie  i  sprawy, z którymi do Niego przyjechałam rozwiązać w zadziwiający  sposób, sposób, o którym nikt by nie pomyślał. Potem wzięłam udział w ,,Kursie Filip” i tam postanowiłam pogodzić się z moim przeznaczeniem i powierzyłam  Chrystusowi  swoje dalsze życie bez względu na to, jaką jakość  będzie miało to moje dalsze ziemskie bytowanie. Ofiarowałam Jezusowi siebie, swoją przyszłość i prosiłam tylko o potrzebne siły.

W zasadzie od początku choroby  i od chwili zdobywania pierwszych mocno niepokojących wiadomości na jej temat, gdzieś w głębi, podświadomie, wiedziałam, że na chorobę, na którą medycyna nie zna lekarstwa, może być tylko jedno lekarstwo – BÓG – Pan wszystkiego i wszystkich, również mojego całego układu kostnego. On – dawca życia i dawca zdrowia.

Jak jest teraz? Obecnie od ponad roku nie przyjmuję żadnych leków i nie przechodzę samoistnych zapaleń stawów. Żyję jak zdrowy człowiek i  to coraz bardziej aktywnie.

Podczas tegorocznych ferii zimowych miałam położyć się na okres przynajmniej dwóch tygodni na oddział  reumatologii w Dolnośląskim Centrum Rehabilitacji w Kamiennej Górze.

Gdy  wraz   z oficjalnym  wezwaniem nadszedł  termin zgłoszenia się do szpitala, udałam się najpierw wraz z mężem do mojego zaufanego reumatologa (kolejnego specjalisty w moim życiu), który mnie tam  właśnie kierował. Lekarz nie znalazł już powodu do mojej hospitalizacji, stwierdził wycofywanie się i samo ograniczanie mojej choroby. Na oczach  moich i mojego męża anulował skierowanie do szpitala, które przecież wcześniej własnoręcznie wypisał.

Na pożegnanie otrzymałam najpiękniejszą receptę w moim życiu. Jego ostatnie zalecenie lekarskie brzmiało: proszę zapomnieć o tym, co pani przeszła, zapomnieć, że kiedykolwiek była pani chora proszę cieszyć się życiem, dziećmi, mężem proszę korzystać z wielu przyjemności, chodzić z rodziną na spacery, pojeździć sobie na nartach. Całą drogę powrotną do domu płakałam ze szczęścia nie mogąc uwierzyć, że odtąd mogę myśleć o moim wielkim dramacie w kategoriach przeszłości  i nieustannie dziękowałam Jezusowi za dokonanie tak wielkiego cudu. Tym razem mogłam płakać ze szczęścia (nie z rozpaczy – jak dotąd).

Jakże cudownie jest płakać ze szczęścia!! Bogu niech będą dzięki[2].

Przytoczyć można by wiele świadectw, ale z powodu ich obszerności treściowej jest to nie możliwe. Świadectwa dawane innym dają nie tylko możliwość ukazania swojej wiary, jako dojrzałej, ale też budują lub rozbudzają wiarę w słuchaczach.

Podsumowanie

Zjawisko ruchu charyzmatycznego okazało się fenomenem w Kościele na skale światową. Ludzie tworzyli wspólnoty modlitewne i wpływali na różne środowiska społeczne, a przede wszystkim żarliwie powracali do głębokiej wiary pierwszych chrześcijan.

Znamienne są słowa Jana Pawła II wypowiedziane podczas pierwszej pielgrzymki do ziemi ojczystej: „Niech stąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej ziemi”. Kto wie, czy te właśnie słowa papieskie miały podłoże działalności ruchu charyzmatycznego w świecie. Jan Paweł II na pewno dobrze zdawał sobie z tego sprawę. Wiedział, że „głoszenie Ewangelii z mocą” niewątpliwie pomoże ludziom w Polsce przemienić się zarówno duchowo, jak i politycznie, gospodarczo i w relacjach międzyosobowych. Ruch charyzmatyczny stał się więc odpowiedzią na relatywizm społeczny w świecie, Polsce, a nade wszystko w Głogowie.

Ruch charyzmatyczny, zwany potocznie Odnową w Duchu Świętym, przemieniał życie każdej wspólnoty modlitewnej, ale również poszczególnego wierzącego w danej wspólnocie na świecie, a szczególnie w Głogowie. Z jednej wspólnoty głogowskiej „Genezaret” powstało kilka wspólnot w naszym mieście: przy parafii pod wezw. św. Maksymiliana M. Kolbe o nazwie „Arka”, przy parafii pod wezw. św. Mikołaja – „Winnica”, a także w odcieniu przy parafii pod wezw. św. Klemensa – „św. Paweł”. Przemiana radykalna, choć stopniowa, dotyczyła wszystkich dziedzin życia każdej osoby. Każdy z członków ruchu charyzmatycznego, gdziekolwiek był, i z kimkolwiek rozmawiał, starał się zaszczepić w kimś wiarę w Jezusa Chrystusa Żywego. Jedni czynili to z wielką mocą, tzn. za pomocą cudów (jak uzdrowienie z chorób lub przekazywali słowa prorocze z widzeń), inni z łaską prostoty, skromności, ale przede wszystkim z miłości do Boga i bliźniego. Członkowie tychże grup modlitewnych nie tylko ewangelizowali osoby niewierzące (przeważnie re-ewangelizowali chodzących do Kościoła katolików), ale też kształcili i ubogacali się wewnętrznie i umysłowo poprzez odbywane seminaria, rekolekcje, studia teologiczne, kursy (Filipa, Pawła i inne); niektórzy studiowali teologię. Pomagali chorym, ubogim, a przede wszystkim załamanym na duchu odzyskać wiarę. Oczywiście swe źródło wiary czerpali z Trójcy Świętej, bo gdzie Jedna Osoba Boska, tam przecież i Dwie Pozostałe. Taka jest Jedność Osób Trójcy Przenajświętszej. Aczkolwiek zadaniem Ducha Świętego jest pomagać i umacniać wiarę człowieka na ziemi. Na koniec można śmiało stwierdzić, iż fenomen ruchu charyzmatycznego polega na niespotykanym dotąd głoszeniu przez człowieka wierzącego słowa Bożego z mocą wśród swojego środowiska przy jednoczesnej przemianie jego życia.

SUMMARY

In this article we have tried to give an answer to the following question: what did the phenomenon of the 20th century Charismatic Movement lie in-particulary in the life of a catholic of a Głogów’s Parish? However the main subject of our article is: the history and activity of „The Genezaret” charismatic movement in the Holy Name of Mary and Queen of Poland parish in Głogów. To highlight the subject we first had to present the origin of the charismatic movement in the world and in Poland and also stress the attitude of the Catholic Church hierarchy towards the movement itself and the usage of the extraordinary gifts by its members. Last but not least we set up some testimonies of the people who had contact with the charismatic movement in Głogów, which was colloquially called The Renewal in Holy Spirit.

The Charismatic Movement in Głogów created a specific atmosphere in which its members’ lives marrvelously changed. This transformation was obviously made by the third person of the Godhead: the Holy Spirit. As no man could possibly, by its own power, make such great conversion of his own life. In the lives of the people two realities collided, as St. Paul has it: the old life volnurable to sins and the new life, focused on consecrating oneself to Jesus every day. The wonderfull changes of life were accompanied by unique spiritual gifts (prophecy, gift of healing, word of knowledge, speaking in tounges and other), and this is where the evangelic saying comes from: ”preaching with power”.

Zabagło P. J., Światowy i ogólnopolski kontekst ruchu charyzmatycznego w Głogowie [w:] Dziedzictwo kulturowe regionu pogranicza, tom 2, red. E. Skorupskiej–Raczyńskiej – J. Rutkowskiej, wydawnictwo PWSZ w Gorzowie Wielkopolskim, Gorzów Wielkopolskim 2009, s. 177-195.


[1] Świadectwo Michała, http://www.genezaret.net/dzialy/swiadectwa (30.03.2009), art. cyt.

[2] Tym razem płakałam ze szczęścia, http://www.genezaret.net/dzialy/swiadectwa (30.03.2009), art. cyt.


Inne wpisy z danej kategorii: Czytania

RSSWpisy (0)

Trackback URL

Wpisz się




Jeśli chcesz pokazać zdjęcie, kliknij Gravatar.